Geneza upadku FSO

Fabryka Samochodów Osobowych – nie ma człowieka w naszym kraju, któremu obce są te słowa. Założna w 1951 roku firma, która zmotoryzowała cały naród w szarej, komunistyczej rzeczywistości. Wiele można powiedzieć o FSO złego i dobrego, ale zastanówmy się przez chwilę czy potrafimy odpowiedzieć na proste pytanie. Dlaczego FSO zniknęło? Co robiło źle? Dlaczego nikt nie próbuje reanimować polskiej marki?

http://m.autokult.pl/27-d7045d94bb538f35022f6b59a87f1,750,470,0,0.jpgFirma zaczęła od modelu Warszawa, później była Syrena, następnie fiatowski projekt 125p, Polonez i na tym koniec. Później pojawiły się jeszcze Matizy i Lanosy ze znaczkiem FSO, które były produkowane na rynek wschodni, gdzie panuje wolność w użytkowaniu samochodów i obywateli traktuje się jak odpowiedzialnych, zdrowych na umyśle ludzi. Ostatni montowany w warszawskiej fabryce samochód to Chevrolet Aveo, a gdy wygasła licencja wynieśli się i nigdy nie wrócili. Powiecie, że ludzie kupowali 125p i Polonezy, bo nie mogli mieć nic innego i w sumie macie trochę racji. Z drugiej strony, jeżeli wyobrazimy sobie, że za tej samej klasy samochód z zachodu trzeba było zapłacić dwa razy więcej to szybko wycofujemy się z tego argumentu. Owszem auta typu Opel Ascona, Ford Cortina były znacznie bardziej zaawansowane technicznie niż 125p, ale były tych samych rozmiarów.

http://m.autokult.pl/polonez-caro-89abbe07b389dbfdeeb,630,0,0,0.jpgNawet dzisiaj to co ostetecznie decyduje o wyborze samochodu to zazwyczaj cena. Mamy też Poloneza, projekt przy którym FSO uparcie trwało przez 24 lata. Od Borewicza po Plusy ze znaczkiem Daewoo-FSO. Problem w tym, że technologicznie były zacofane, bo nie było dostępu do nowszej technologii, a nasi inżynierowie musieli robić coś z niczego będąc za żelazną kurtyną. Gdy ośmielamy się na ocenę produktów polskiej marki, należy wziąć pod uwagę wszystkie czynniki. Prawda jest taka, że dostęp do innowacyjnych technologii z zachodu był mocno ograniczony. Następnie doszło do transformacji i tak oto narodził się Caro, który nadal bazował na starym Polonezie. Mimo to Polacy kupowali Poloneza i już nie można było się tłumaczyć, że nie ma dostępu do niczego.

http://m.autokult.pl/fabryka-fso-na-zeraniu-2-1c919da,750,470,0,0.jpgPrawda jest taka, że za cenę Poloneza można było dostać samochód o połowę mniejszy, a gdy ma się rodzinę perspektywa wyjazdu w cztery osoby Fiatem Cinquecento nie bywa wesoła. Dlatego Caro nadal królowało, ale z roku na rok pojawiały się nowości na rynku motoryzacyjnym. Gdy na polskim rynku pojawiło się Daewoo upadek FSO był już prawie pewny. Połączenie sił było wyrokiem śmierci dla Polonezów i chodź były produkowane do 2002 roku to nikt nie pomyślał o modernizacji krajowego samochodu. Dobra dostał wtrysk, dostał wspomaganie kierownicy, można było wsadzić gaz i tanio jeździć, dostał nawet hamulce firmy Lucas! Ambicje Polaków rosły i Polonez przestał był dużym, tanim, praktycznym autem, stał się dla wielu obciachem. Kojarzył się z czasami, które już przeminęły i nikt nie chce ich powrotu. I to jest właśnie problem FSO, to skąd się wywodził, a nie to co produkował. Ludzie woleli się cisnąć w Tico, niż jeździć komunistycznym Polonezem. Nie wytrzymał transformacji, w tamtym momencie potrzebowali czegoś nowego, powiewu świeżości i tego zabrakło.

http://autokult.pl/polska-motoryzacja-xx-wieku/images/cars/car11.pngA mieli po drodze wiele znakomitych projektów – FSO Ogar, Polonez Analog, FSO Wars. Gdyby Wars w 1986 roku wszedł do produkcji FSO przetrwałoby, jestem tego pewien. Miał być nowocześniejszy, dostosowany nie do polskich wymagań, lecz do zachodnich. Ale przerwanie produkcji 125p, czy Poloneza było zbyt drastycznym krokiem dla firmy, firma przykleiła się do dużych aut i nie miała warunków na tworzeniu równolegle kolejnego modelu. Więc Wars przegrał walkę o swoje miejsce w FSO i wszystko przez to, że prawdopodobnie byłby droższy w produkcji od Poloneza i przy tym znacznie mniejszy. Nie rozumiem do dzisiaj założeń firmy i pewnie nikt tego nie rozumie. Czemu nikt nie reanimuje FSO? Bo przepisy UE rzucają takie wymagania na producentów, że stworzenie auta tańszego niż Fiat Panda, Dacia Sandero, czy Skoda Citigo graniczy z cudem. A pomyślcie sobie, że przeciętny Kowalski zamienia swoją Fabię na nowego FSO, który kosztuje tyle samo. Nie do wyobrażenia prawda? I niestety obawiam się, że polski przemysł motoryzacyjny upadł na zawsze. Smutne.

Źródło zdjęć:
http://autokult.pl

2014 za nami, małe podsumowanie

Ten rok upłynął pod znakiem trzech marek dla mnie – Volkswagen, FSO, Ford. To właśnie te auta gościły na moim parkingu, konkretnie Vw Polo, FSO Polonez Caro Plus i najnowszy nabytek Ford Scorpio. Ten rok to także pierwszy rok działalności mojego bloga, dzisiaj małe podsumowanie tego co się działo od strony motoryzacyjnej przez ostatnie 12 miesięcy. 

http://i57.tinypic.com/29da15w.jpg

Można powiedzieć wprost, że zaczęło się koszmarnie, od nudnego Polo, bez żadnego charakteru. Jazda nim przyprawiała mnie o zawroty głowy, mdłości i biegunkę. Był ciasny, nie za ładny, w ciągu miesiąca strzeliła mi uszczelka pod głowicą i dodatkowo wydech. Jedyna zaleta Polo to spalanie w granicach 6 litrów na 100 km. Po 3 miesiącach odpuściłem, pozbyłem się i więcej nie chcę widzieć na oczy. Jedyny Vw jakiego mam w planie kupić jeszcze w swoim życiu to Garbus, jako maskotka podwórka. Idąc dalej muszę oczywiście wspomnieć o moim głównym aucie 2014 roku, czyli Polonezie Caro Plus. Kupiony w sumie dla zabawy, troszkę pół żartem, pół serio, zainspirowany moją przygodą w Zakupie Kontrolowanym TvnTurbo. Kosztował mniej niż rower mojej dziewczyny i wyglądał strasznie. Był obdarty z każdej strony, miał dziurę w drzwiach i nadkolu, a do tego ozdobiłem go milionem naklejek i pandą na tablicy rejestracyjnej. Brzmi to jak agonalna spowiedź, ale fakt jest taki, że Polonez był niezniszczalny. Katowany przez całe życie jak mały osiołek, w końcu trafił pod moje skrzydła, gdzie zaznał spokoju. Wymieniłem w nim w ciągu 9 miesięcy użytkowania – olej, filtr oleju i powietrza, świece, wąż chłodnicy i cewkę zapłonową. Koszty praktycznie żadne, w dodatku auto zawiozło nas na Woodstock, 530 km w jedną stronę. 

http://i58.tinypic.com/1zpip8w.jpg

Palił w zależności od humoru, raz 10-11 litrów, a raz 7 na 100 km. Jakby tego nie ująć był moją maskotką, autkiem do którego wracałem z uśmiechem, bardzo rozpoznawalnym bo jeśli mnie pamięć nie myli około 7 razy słyszałem dzięki niemu – to Ty jesteś tym blogerem? Zawsze znalazł się czas dla niego, aby sprawdzić czy wszystko działa, zrobić małą rundkę za kierownicą, czy wysprzątać. I choć początkowo plan był taki, aby trzymać go maksymalnie 3 miesiące, to został dużo dłużej i miał być z nami dalej. Niestety moja nieuwaga doprowadziła go do ruiny i musieliśmy się z nim pożegnać, nie było przyjemnie i do teraz mi go brakuje. To była naprawdę fajna przygoda mieć Poloneza i polecam ją każdemu, bo naprawdę miłe uczucie. W dodatku to jest polskie! Gdy już oddałem Poldolota w ostatnią podróż kontynuowałem poszukiwanie samochodu, które trwało łącznie 2 tygodnie. Musiałem zmierzyć się z rzęchami i złomami, stanąłem przed poważnym Alfadylematem, ale w końcu udało się znaleźć auto, które spełniało wszystkie moje oczekiwania. Mowa oczywiście o starym, dobrym Scorpio. Auto wielkie jak lądownik, ale wygodniejsze niż nie jeden, droższy samochód, który prowadziłem. 

http://i58.tinypic.com/2vb502f.jpg

Wygląda świetnie, w dodatku mój portfel może trochę przy nim odpocząć, bo w bagażniku mam butle z gazem. Już po nowym roku przyjdzie czas podsumować kilka tygodni, które mamy za sobą i póki co same miłe zaskoczenia, ale o tym później. Zakup Scorpio to także udowodnienie wszystkim niedowiarkom, że da się kupić ciekawy i sprawny technicznie samochód za mniej niż 2000 złotych. A może po prostu miałem szczęście? Raczej nie należę do ludzi, którzy są szczęściarzami w życiu, więc raczej wybieram opcję pierwszą. Zacząłem 2014 od segmentu B, skończyłem na segmencie D/E, fajnie! Ten rok to także występ w Zakupie Kontrolowanym, dzięki któremu mój blog zyskał na popularności. Łącznie weszło Was tutaj 54348, więc jak na blog bez reklam muszę to uznać za sukces. Postanowiłem też nawiązać współpracę z autokult.pl gdzie od jakiegoś czasu również mam swoje publikacje. Jakbym tego nie ujął ten rok z perspektywy bloga i motoryzacji był dla mnie bardzo udany, a to w dużej mierze dzięki Wam, ludziom dla których piszę. Gdyby Was nie było, to całą idea byłaby bezsensu. Serdecznie dziękuję za każdy przeczytany artykuł, za każdy komentarz, mail, liczę na to, że ze mną zostaniecie na 2015 rok! Wszystkim życzę pomyślności, wszystkiego dobrego w 2015, oby wszystko poszło zgodnie z Waszymi planami, bawcie się!

Łzy cisną się do oczu, bardzo trudne pożegnanie

Wiedziałem, że ten moment w końcu nadejdzie, ale nie myślałem o tym. Nie przypuszczałem, że stanie się to tak szybko, praktycznie z dnia na dzień. Tak to stało się faktem, jutro żegnam członka swojej rodziny motoryzacyjnej, samochód który zapamiętam do końca życia. Polonez Caro Plus, dla wielu żałosny wytwór i usilna próba utrzymania się na rynku przez FSO, dla mnie wspaniały pojazd z duszą i wiecznym uśmiechem. Jutro wjedzie na lawetę i wyruszy w ostatnią podróż.

http://i60.tinypic.com/fwj3x4.jpg

Prawie 5 tysięcy przejechane, kilka fajnych filmików, wyprawa na Woodstock, bezawaryjność mimo ceny jaką za niego zapłaciłem, czyli 950 złotych. 9 miesięcy z samochodem, który wydawało mi się, że kupiłem dla „beki” i na chwilę. Decyzja nie była łatwa, ale po wizycie u mechanika, gdzie diagnoza była postawiona jasno – ma Pan takie zwarcie w instalacji, że kable się Panu palą, sypie się wał napędowy, pękł pasek rozrządu, cieknie pompa wody. Lista może byłaby dłuższa, ale Panu mechanikowi nie chciało się dalej sprawdzać, radził mi oddać na złom, bo to nie ma co igrać z losem. Poloneza zrujnowała 30 kilometrowa podróż z niesprawnym czujnikiem położenia wału, choć tego nie jestem pewien w 100%, ale to moje podejrzenie. No nieważne, fakt jest taki wina leży po mojej stronie, bo zamiast poprosić o wzięcie go na hol jechałem w ciemno. I nie ma tu winy po stronie auta absolutnie, to miało prawo się zepsuć tak czy siak, ale fakty są następujące, że to ja zerwałem przewód przy demontażu cewki zapłonowej i w efekcie zrujnowałem swój samochód. Pokutuje za to bólem serca, z jakim będę musiał przeżyć jutrzejszy dzień, gdy zobaczę go po raz ostatni. Strasznie się związałem, a to przecież niby tylko zwykły Polonez. Dla mnie był czymś więcej, chyba z żadnym autem aż tak się nie związałem jak z nim. http://i57.tinypic.com/2pradzn.jpgPrzyzwyczajał mnie do tego, że bez względu na to ile stoi na parkingu, to zawsze odpali, nabrałem do niego mega zaufania.  Ten widok obok zawsze wywoływał u mnie uśmiech na twarzy, choć nie raz musiałem znosi szyderstwa na temat jego, nie zraziło mnie do niego. Spalanie na poziomie 10 litrów na 100 kilometrów też przeżyłem, schodziłem do 8 jak tylko była taka możliwość. Walczyłem o każdy kilometr i choć w ostatniej drodze z Oświęcimia czułem, że nie ma dla niego ratunku próbowałem siebie oszukać, że na pewno coś da się jeszcze naprawić niewielkim kosztem. No rzeczywistość jest brutalna – wał napędowy, rozrząd z pompą wody, pewnie i łożyska, okablowanie, tu idę w koszta, które mogłyby przekroczyć jego wartość. Decyzja zapadła dzisiaj rano, będę tęsknił, kolejny mój samochód będzie miał ciężki orzech do zgryzienia i nie szybko otrzyma taki kredyt zaufania jak Poldek. To może kupię kolejnego? No przeszło mi to przez myśl, ale moja zasada, którą sobie założyłem, nie kupuj drugi raz tego samego, na świecie jest za dużo fajnych aut, nie może zostać złamana. 20 naklejek, komiczna panda na rejestracji, którą zostawię sobie na pamiątkę, zderzak na śrubach, dziura w drzwiach, nie domykająca się klapa bagażnika, zepsute drzwi pasażera, to jego znaki rozpoznawcze, każdy kto go widział na pewno to zapamięta. http://i59.tinypic.com/10wp4bk.jpgA ja zapamiętam go jak zwierzątko, które było bite i katowane pół życia, a ja je przygarnąłem i traktowałem lepiej niż ktokolwiek, kiedykolwiek. Bo po prostu na to zasługiwał! Zajechał na Woodstock ja wiele innych samochodów, wartych 10 razy tyle co on. Tylko nieszczęsny przewód chłodnicy, w drodze powrotnej rzutował na długość podróży, choć i tu zaskoczył, bo na taśmie zajechał ponad 400 kilometrów. Cóż ja mogę mu zarzucić, no nie mogę nic znaleźć. To naprawdę niedoceniany samochód, co by kto nie mówił, ja na niego złego słowa na pewno nie powiem. Pocałuję go w maskę na drogę i zasalutuję. Dla wielu wypisuję wariactwa, jestem przewrażliwiony i przesadzam, przykro mi, dla mnie to nie był zwykły przedmiot do przemieszczania się. Nie był bezdusznym Volkswagenem, czy Skodą w dieslu, to tylko tani wóz z Polski. Nie będę pisał w tym poście co dalej, ten post to hołd dla niego i czas na kilka dni ciszy na blogu, specjalnie dla niego. Nie dodam ostatniego, pożegnalnego filmiku, nic przyjemnego słuchać zachrypniętego głosu, 23 latka, użalającego się nad swoim zwierzątkiem, emocję zostawię w druku i w swoim pokoju. Salut, dobranoc Poloneziku…

Raport sytuacyjny, wymiana cewki

Dla tych, których interesuje żywot mojego styranego wizualnie Poloneza dzisiejszy wpis będzie ciekawy. Caro jest ze mną już ponad 8 miesięcy, zrobił 4 tysiące kilometrów więc wypadałoby, aby coś się popsuło. To i tak najlepszy wynik czasowy, jaki osiągnął wśród wszystkich moich samochodów co do usterek, a co się popsuło? Zaraz się dowiecie. 

http://i58.tinypic.com/mwegxu.jpg

Jak zawsze idę do samochodu, otwieram drzwi, zasiadam za sterami – czas jechać na zakupy. Odpalam moje cudo, co ciekawe z trudem, a to mu się nie zdarzało. Gdy już nastąpił rozruch silnika odczuwam dobrze znane mi objawy. To zapach awarii, a konkretnie mój wspaniały samochód pracuje na dwóch z czterech cylindrów, czyli przy swojej masie ma mniej mocy niż moja pralka. Przerażające, no ale co zrobić stało się! Moje podejrzenia padły na niezbyt dobrze wyglądające kable zapłonowe, ale naprawę odłożyłem na inny dzień. Zanim to nastąpiło pojawił się kolega Norbert, który ma znacznie większą wiedzę o samochodach z okresu PRLu niż znany wszystkim dziennikarz Szanowny Pan Patryk M. Obalił moją tezę na nie działające kable w 5 minut. Po podpięciu wszystkich kabli po kolei, do jednej ze sprawnych świec okazało się, że wszystkie działają, była iskra – fantastycznie. W dodatku jedna ze świec, wyglądała jakby nigdy nie była używana. Innowacyjny system oszczędzania świec w FSO, nie znaliśmy tego, ale w końcu wyszło na jaw. Tak więc skoro nie świece, nie kable to padło na cewkę. 

http://i62.tinypic.com/4trprt.jpg%20

Tą cewkę, która oberwała rykoszetem z płynu chłodzącego, podczas pęknięcia węża, w drodze powrotnej z Woodstocku. Dwa gniazda, dokładnie te, które były wcześniej zalane były winowajcą! Ceny przerażające bo od 70zł w wzyż, ale na szczęście w jednym z 3 pudełek części, które nabyłem parę miesięcy temu znalazłem cewkę, gloria! W dzień wolny od pracy zająłem się wymianą z pełnym zapałem. Już dawno tyle nie kląłem, mój samochód zrobił się purpurowy ze wstydu. No ale jak tu nie kląć, skoro wszystkie 3 śruby wyszły gładko, a do czwartek praktycznie nie ma dojścia, horror! W dodatku jako człowiek upośledzony w pracach ręcznych musiałem upuścić końcówkę potrzebną do odkręcenia i akurat spadła na osłonę. Dodałem sobie do obowiązków demontaż osłony, ale udało się i odzyskałem końcówkę. Problemem nadał było odkręcenie trzeciej śruby. Zdemontowałem zatem całą podstawę, która odpowiadała za trzymanie cewki, odgiąłem ją nieco do siebie no i eureka jest dojście. Zanim na to wpadłem zdążyłem odkręcić już osłonę misy olejowej, wypalić z 5 papierosów i zebrać dwóch gapiów. Gdy już pozbyłem się niesprawnej części olśniło mnie! Zanim przykręcę z ogromnym trudem sprzęt, który wygrzebałem z kartonu po bananach pełnego różnych wynalazków produkcji FSO, kupionego za parę groszy pasowałoby sprawdzić czy to w ogóle działa! A więc nie wkręcam, podpinam wszystko ładnie (bo ta cewka ma nawet opisane gdzie powinna być podpięta dana świeca, ponumerowane od 1 do 4) i siadam za kółko – chwila prawdy. Odpalam i jest ON ŻYJE! Musiałem zakrzyczeń czcionką, aby oddać mą euforię, jaka towarzyszyła tej podniosłej chwili. Po niespełna 10 minutach miałem swoją, nową cewkę na miejscu. Zebrałem ładnie swoje zabawki, poprosiłem Pana sąsiada, który zaparkował obok, aby zjechał z mojego roboczego koca i udałem się na spoczynek. Zauważyłem płynniejszą pracę i co ciekawe wzrost mocy. http://i60.tinypic.com/4jkytx.jpgTeraz to auto rusza z miejsca jak bolid formuły 1. Jedno, durne urządzenie unieruchomiło mnie na kilka dni i upokorzyło, bo musiałem drałować z zakupami tramwajem zajmując tym samym przestrzeń trzem innym osobom, no ale trudno! Usterka można powiedzieć błaha, rozwiązana metodą prób i błędów, a w dodatku wyjąłem fabryczną cewkę, tak więc wytrzymałość tego podzespołu FSO – 221 tysięcy km lub 17 lat. A ja ruszam dalej! Komentarze na dole, a jeśli Ci się podało kliknij łapkę i udostępnij dalej, jeśli Ci się nie podobało to tylko kliknij łapkę. Miłego!

Reklamy samochodów – część 2 polskie..

Z racji, że od kilkunastu lat już nie produkujemy swoich samochodów, będzie to powrót do przeszłości, do czasów gdy takie auta jak maluch czy duży fiat, były marzeniem wielu. W PRLu brakowało wszystkiego poza pieniędzmi, na samochody trzeba było mieć talony, nie ważne jakie, więc ludzie nie wybrzydzali. Mimo to w telewizji można było obejrzeć kilka ciekawych reklam, dzisiaj z tego okresu pokażę tylko jedną, ale za to będzie w niej legenda polskiej motoryzacji. 

Nieważne, czy ktoś jest fanem motoryzacji, laikiem, czy urodził się za PRLu, czy już w XXI wieku, malucha zna każdy! Ten kultowy pojazd miał swoją premierę w 1972 roku, a Fabryka Samochodów Małolitrażowych produkowała je od 1973 roku, każdy marzył wtedy o własnym maluchu. Dla większości, którzy w tamtych czasach odbierali prawo jazdy był to pierwszy samochód. A w latach 70 pojawiła się właśnie TAKA reklama malucha. Kultowe auto, kultowa piosenka i to co potrafi ten samochód na reklamie, no po prostu prawdziwy hit! Klimat tej reklamy jest wręcz symboliczny, choć w pewnym momencie, gdy maluch ma dość wleczenia się za Citroenem, postanawia go przeskoczyć i w ten oto sposób traci kołpak. Jego rajd przez schody oraz zawrotka na ręcznym w przyspieszonym tempie to z jednej strony pokazanie zalet samochodu z nutą humoru. Choć nie podoba mi się jego wyścig z końmi i moment starcia z ziemią, gdzie ledwo utrzymuje się na kołach, to ogólnie oceniam reklamę jako świetną. Do dzisiaj czasem ją puszczam na poprawienie humoru. 

Idźmy dalej, Polonez Caro był produkowany w czasach inflacji, deprecjacji, więc jeśli ktoś chciałby kupić dobry samochód za polską walutę, musiałby pewnie zamiast nesesera, użyć taczki na banknoty. Caro było jednym z najtańszych aut na rynku, więc dla narodu, który dopiero co wyzwolił się z pod radzieckiego ucisku był idealną propozycją. TUTAJ zobaczycie reklamę tego wspaniałego samochodu. Krótko i zwięźle, jeśli tak dostarczali wszystkie swoje samochody, to nic dziwnego, że FSO zbankrutowało. Ale trzeba im oddać, że było to bardzo efektywne. Mnie się podoba, prostota urzeka, choć Caro nie potrzebowało reklamy, bo mimo tego, że technologicznie, był bardzo zacofany co do konkurencji z zachodu, to dla przeciętnego zjadacza chleba tak naprawdę nie było na rynku nic lepszego, albo inaczej tańszego. Niestety FSO zeżarły podatki, bo choć sam samochód nie był drogi, to prawie 80% ceny Poloneza to były podatki. A miało być tak pięknie. 

Zostając w temacie Poloneza Caro, tu już kolejna, można powiedzieć wręcz desperacka walka o utrzymanie na rynku. W okresie, gdy na naszych ulicach pojawiało się coraz więcej Opli, Fordów, czy Volkswagenów, czyli aut zza zachodniej granicy, Polonez wydawał się już czymś przestarzałym, zacofanym. Kusił ceną, lecz po czasach, gdy Borewicz zawładnął polskimi ulicami i początkiem lat 90, gdy Caro było jedyną opcją na którą mógł sobie z własnej kieszeni pozwolić przeciętny Polak sądzę, że ludzie mieli dość, wręcz brzydko ujmując rzygali FSO. 

W dodatku za wiele w nim nie zmieniono, skończyły się pomysły, części i nowe projekty były po prostu za drogie, tak więc pozostanie przy starej opcji, było jedynym rozwiązaniem. No, ale moim zdaniem w tym przypadku użycie słów „Stać Cię na więcej” było jak strzelenie sobie w stopę. W dodatku, bez wyjaśnienia do czego ma odnosić się ten zwrot, jakby sami nie wierzyli w to, że może jeszcze z kimkolwiek konkurować. Później próba z Atu, przejęcie udziałów przez będące na fali i chwilę później ledwie zipiące Daewoo, z którego wyszedł mój samochód – Caro Plus i Atu Plus, niestety mimo starań nadal była to równia pochyła. Zabrakło powiewu świeżości, nie tego oczekiwali klienci, cały czas ta sama bryła, która dzisiaj jest kultowa i uwielbiana przez tych, którym nie zdążył się przeżreć Polonez, czyli przez nas młodych. Ja mam tylko cichą nadzieję, że FSO powróci w końcu z impetem, najpierw projekt Syreny, a może i przyjdzie czas na Poloneza, kto wie!