Toyota Camry – solidność ponad wszystko

Klasa wyższa – czyli świat wielkich przestrzeni, dobrego wyposażenia i wygody. Samochody te tworzone z przeznaczeniem dla biznesmenów, osób zamożniejszych w latach swojej świetności wzdychały do nich klasy robotnicze. Dzisiaj można nabyć pojazd klasy wyższej z lat 90 za bardzo rozsądne pieniądze, choć niełatwo się zdecydować. W wielu przypadkach opinie są podzielone, ale udało się znaleźć samochód co do którego większość jest zgodna, nawet w gronie dziennikarskim – Toyota Camry III.

http://m.autokult.pl/jazda-youngtimerem-cz2-2-3d09a31,0,920,0,0.jpgToyota z lat 90 – synonimem tych słów jest niezawodność i z tym zgodzi się każdy, kto miał taką Toyotę na swoim podjeździe. Camry nie jest tu wyjątkiem i to właśnie ta solidność sprawiła, że stała się legendą klasy wyższej, a dzisiaj na rynku samochodów używanych schodzi, jak ciepłe bułeczki. Nie ma zbyt wiele ogłoszeń na jej temat głównie dlatego, że ludzie niechętnie się jej pozbywają. Gdy już znalazłem taką Toyotę to okazało się, że na placu zrobiła się 3 osobowa kolejka do niej, jeszcze chwila i właściciel rozpocząłby licytację modelu. Camry największą popularność zdobył w Stanach Zjednoczonych i to na ten rynek produkowane było większość modeli, także późniejszych. Silniki – 2.2 16 V o mocy 136 KM oraz 3.0 190 KM (widlasta szósta) tylko takie były dostępne na rynku europejskim, ale nikt specjalnie nie narzekał. Camry to dość duży samochód, więc taki silnik jest nawet wskazany, model który ja prowadziłem to 2.2, ten z silnikiem 3.0 trudniej znaleźć.

http://media.autokult.pl/02b095cbf55d1e460e3aa4bd37e2fef3,800,600,0,0.jpgTo dosyć dobry test, bo sam mam samochód klasy wyższej z początku lat 90, więc miałem do czego porównywać. Wielkość podobna, bo ponad 4,7 metra długości, w środku podobnie z miejscem, może w moim Fordzie trochę więcej miejsca z tyłu, ale za to Camry ma bardziej praktyczny bagażnik. Sam silnik bardzo żwawy i świetnie sobie radzi z gabarytami tego samochodu, przebieg modelu który prowadziłem to 312 tysięcy kilometrów i widzę, że to norma w tym przypadku, nikt nawet nie próbuje oszukiwać, bo jeśli ktoś szuka Camry z lat 90 zdaje sobie sprawę, że to krążownik szos, którym nie jeździ się na zakupy. Jeśli wpadnie Ci do głowy z rana „jedźmy na południe Francji” możesz bez obaw wsiąść w Camry i jechać przed siebie, to auto nie boi się absolutnie niczego. Gdy osiągniesz prędkość autostradową masz wrażenie, jakby dopiero wtedy rozwinął skrzydła, jak większość aut klasy wyższej, dopiero na piątym biegu Camry jest w swoim naturalnym środowisku. Jakość wnętrza – nienaganna, dobre jakości plastiki, wygodne siedzenia, choć jest tu dość japońsko, czyli szaro, buro, bez większych emocji i wstawek rodem z kredensu.

http://media.autokult.pl/239fd53d3392c8f4a914c30cbb3e6326,800,600,0,0.jpgTen samochód jest mega poprawny, nie próbuje nas nawet zaskoczyć, nie takie jest jego przeznaczenie. Nie wiem czy jest to do końca samochód biznesmena, nie próbuje taki być, to raczej auto dla człowieka, który ma kasę, lubi jeździć, ale nie jest wielkim fanem motoryzacji, nie szuka w samochodzie ognia z rury wydechowej. Co do samej stylistyki – Camry nie pręży muskułów, nie jest charakterna, tutaj także jest dośc poprawnie i nawet dodatek w formie spoilera nie przekonuje mnie do tego, że wgniecie mnie w fotel po naciśnięciu pedału gazu. Ale nie jest to też brzydki samochód, można na niej zawiesić oko na dłużej niż 1,5 sekudny. To jest ten typ samochodu, który z aluminiowymi felgami ma +10 do urody i ja sobie go nie wyobrażam w kołpakach, to nie przystoi tej Toyocie. Wyposażenie bardzo przyzwoite – jest ABS, centralny zamek, elektryczne szyby i klimatyzacja manualna, czyli wszystko to co w latach 90 powinien mieć samochód tej klasy w standardzie. Przejdźmy do wad – nie jest to samochód tani w serwisie, dorównuje cenom swoim niemieckim konkurentom (BMW, Mercedes), chcociażby z tego powodu wolę mojego Forda. Ale czy ma to większe znaczenie, skoro Camry psuje się rzadziej niż dom? Kolejna sprawa to spalanie – bez wahania większość właścicieli mówi 10-11 litrów to norma, a jeśli masz instalacje gazową przygotuj się na 13 litrów na 100 kilometrów. I to w zasadzie tyle, ciężko się przyczepić do czegoś więcej, nie będę tego robił na siłę, bo to naprawdę dobry samochód, wart każdej zainwestowanej złotówki. Jeśli ktokolwiek mnie zapyta jakie mam zdanie na temat Camry, to po ostatnim teście jestem w stanie powiedzieć tylko jedno – bierz w ciemno i nie zastanawiaj się.

Źródło zdjęć:
http://autokult.pl

Reklamy samochodów – część 2 polskie..

Z racji, że od kilkunastu lat już nie produkujemy swoich samochodów, będzie to powrót do przeszłości, do czasów gdy takie auta jak maluch czy duży fiat, były marzeniem wielu. W PRLu brakowało wszystkiego poza pieniędzmi, na samochody trzeba było mieć talony, nie ważne jakie, więc ludzie nie wybrzydzali. Mimo to w telewizji można było obejrzeć kilka ciekawych reklam, dzisiaj z tego okresu pokażę tylko jedną, ale za to będzie w niej legenda polskiej motoryzacji. 

Nieważne, czy ktoś jest fanem motoryzacji, laikiem, czy urodził się za PRLu, czy już w XXI wieku, malucha zna każdy! Ten kultowy pojazd miał swoją premierę w 1972 roku, a Fabryka Samochodów Małolitrażowych produkowała je od 1973 roku, każdy marzył wtedy o własnym maluchu. Dla większości, którzy w tamtych czasach odbierali prawo jazdy był to pierwszy samochód. A w latach 70 pojawiła się właśnie TAKA reklama malucha. Kultowe auto, kultowa piosenka i to co potrafi ten samochód na reklamie, no po prostu prawdziwy hit! Klimat tej reklamy jest wręcz symboliczny, choć w pewnym momencie, gdy maluch ma dość wleczenia się za Citroenem, postanawia go przeskoczyć i w ten oto sposób traci kołpak. Jego rajd przez schody oraz zawrotka na ręcznym w przyspieszonym tempie to z jednej strony pokazanie zalet samochodu z nutą humoru. Choć nie podoba mi się jego wyścig z końmi i moment starcia z ziemią, gdzie ledwo utrzymuje się na kołach, to ogólnie oceniam reklamę jako świetną. Do dzisiaj czasem ją puszczam na poprawienie humoru. 

Idźmy dalej, Polonez Caro był produkowany w czasach inflacji, deprecjacji, więc jeśli ktoś chciałby kupić dobry samochód za polską walutę, musiałby pewnie zamiast nesesera, użyć taczki na banknoty. Caro było jednym z najtańszych aut na rynku, więc dla narodu, który dopiero co wyzwolił się z pod radzieckiego ucisku był idealną propozycją. TUTAJ zobaczycie reklamę tego wspaniałego samochodu. Krótko i zwięźle, jeśli tak dostarczali wszystkie swoje samochody, to nic dziwnego, że FSO zbankrutowało. Ale trzeba im oddać, że było to bardzo efektywne. Mnie się podoba, prostota urzeka, choć Caro nie potrzebowało reklamy, bo mimo tego, że technologicznie, był bardzo zacofany co do konkurencji z zachodu, to dla przeciętnego zjadacza chleba tak naprawdę nie było na rynku nic lepszego, albo inaczej tańszego. Niestety FSO zeżarły podatki, bo choć sam samochód nie był drogi, to prawie 80% ceny Poloneza to były podatki. A miało być tak pięknie. 

Zostając w temacie Poloneza Caro, tu już kolejna, można powiedzieć wręcz desperacka walka o utrzymanie na rynku. W okresie, gdy na naszych ulicach pojawiało się coraz więcej Opli, Fordów, czy Volkswagenów, czyli aut zza zachodniej granicy, Polonez wydawał się już czymś przestarzałym, zacofanym. Kusił ceną, lecz po czasach, gdy Borewicz zawładnął polskimi ulicami i początkiem lat 90, gdy Caro było jedyną opcją na którą mógł sobie z własnej kieszeni pozwolić przeciętny Polak sądzę, że ludzie mieli dość, wręcz brzydko ujmując rzygali FSO. 

W dodatku za wiele w nim nie zmieniono, skończyły się pomysły, części i nowe projekty były po prostu za drogie, tak więc pozostanie przy starej opcji, było jedynym rozwiązaniem. No, ale moim zdaniem w tym przypadku użycie słów „Stać Cię na więcej” było jak strzelenie sobie w stopę. W dodatku, bez wyjaśnienia do czego ma odnosić się ten zwrot, jakby sami nie wierzyli w to, że może jeszcze z kimkolwiek konkurować. Później próba z Atu, przejęcie udziałów przez będące na fali i chwilę później ledwie zipiące Daewoo, z którego wyszedł mój samochód – Caro Plus i Atu Plus, niestety mimo starań nadal była to równia pochyła. Zabrakło powiewu świeżości, nie tego oczekiwali klienci, cały czas ta sama bryła, która dzisiaj jest kultowa i uwielbiana przez tych, którym nie zdążył się przeżreć Polonez, czyli przez nas młodych. Ja mam tylko cichą nadzieję, że FSO powróci w końcu z impetem, najpierw projekt Syreny, a może i przyjdzie czas na Poloneza, kto wie!

Odwieczny pojedynek – E34 vs W124

Dwa auta klasy wyższej, oba zaczęto produkować końcem lat 80, oba są dobrze wyposażone i oba należy nazwać kultowymi. Jednak, gdy zachodzi potrzeba decydowania, które z nich lepiej wybrać pojawiają się schody. Dzisiaj to ja zmierzę się z tym dylematem i nie będzie tu odpowiedzi typu – nie ma jednoznacznego zwycięzcy. 

Trzecia generacja BMW serii 5, dosyć charakterystyczna, moim zdaniem najładniejsza ze wszystkich. Ma w sobie więcej charakteru, niż dwie ostatnie piątki razem wzięte. Szeroka paleta silników, wersji wyposażenie, zmieniające się na przestrzeni lat oblicza E34 sprawiły, że dzisiaj wielu docenia trud jaki włożyła fabryka z Bawarii i stara się utrzymać ją w jak najlepszym stanie, tak aby za parę lat mogło dostać żółte tablice. Wiele silników otrzymało tytuł silnika roku, nie ma się co dziwić, bo to chyba najmniej awaryjne jednostki tej marki jakie kiedykolwiek powstały. Żeby było łatwiej, wezmę porównam dzisiaj dwie podobne wersje silnikowe, wezmę pod uwagę tylko jedną – 6 cylindrowe 520i o mocy 150 KM. Do setki w niecałe 11 sekund, napęd na tył, a w środku komfort godny tej klasy auta. Trudno byłoby stawać z nią do walki innym samochodom no chyba, że ma się gwiazdę na masce.

No i proszę bardzo W124, produkowane dłużej niż E34, wypuszczone o 4 lata wcześniej, mimo to nie odstające ani technologią, ani osiągami. 2.0 – 136 KM i o 2 cylindry mniej, tak prezentuje się Mercedes W124, którego prowadziłem. Do setki o pół sekundy dłużej niż BMW, prędkość maksymalna też jest mniejsza, ale myślę, że to mało interesująca dla nabywcy informacja. Mercedes również ma napęd na tył, ale jest lżejsze od BMW, toteż nie będzie od niego odstawać, mimo tego, że konkurent ma rzędową szóstkę pod maską. Co do wnętrza jest tu jeszcze wygodniej niż w BMW, mogę powiedzieć, że trochę bardziej klasycznie. Merc jest nieco większy i czuć to w środku, jest też w większości przypadków lepiej wyposażony od BMW. 

Cenowo, jeśli chcemy egzemplarz w dobrym stanie wygląda to podobnie, minimum 7 tysięcy na dzień dobry. Nie będę tu gadał o cenach części, bo to bezsensu, to klasyki z wyższej półki, więc trzeba się przygotować na wydatki, jeśli Ci nie pasuje idź szukaj po komisach Fiata Pandy i nie marudź. Dobrze się złożyło, że w obu przypadkach jeździłem tymi wersjami, które dzisiaj porównuję. I tak oto Mercedes jest dostojny, czułem się jak półgłówek, prowadzą go w bluzie z kapturem, powinienem mieć na sobie przynajmniej koszulę i krawat. Ale gdy już przycisnąłem go mocniej, w żyłach „zabuzowało”, oczy się zaświeciły i byłem panem drogi, czułem się jak małe dziecko na symulatorze jazdy. Super sprawa mieć samochód, który wzbudza respekt u starszego pokolenia motomaniaków, a i dostarczy odpowiedniej dawki adrenaliny tym, którzy lubią jazdę na autostradzie. I choć silnik przy wyższych obrotach nie brzmi, tylko pyta – „Czy, aby na pewno sir?”, to można się cieszyć Mercem niezależnie od prędkości. 

W dodatku żadna dziura, żaden wybój, ani parkowanie na krawężniku nie było odczuwalne w środku. Siedzenia były mega wygodne, choć te wstawki drewniane trochę mnie drażnią w oczy, taka była moda i nic się na to nie poradzi. Za to tak genialnej kierownicy, nie ma w żadnym innym aucie. Kształt, grubość, jest po prostu idealna. Przyciski umieszczone tak, że można je intuicyjnie odnaleźć, siadając po raz pierwszy za jego kierownicę. Ciężko tu się do czegokolwiek doczepić, oczywiście sporo osób stwierdzi, że to auto dla gościa po 50 roku życia, ale posiadanie go w młodszym wieku, świadczy tylko o tym, że albo ten ktoś jest mega dojrzały, albo miał już BMW, albo po prostu nie lubi chodzić w dresach. 

A przechodząc do BMW, jest zrobione zupełnie inaczej, w środku odważne, choć kolorystycznie stonowane, miejscami nudne. Kratka wentylacyjna na kokpicie jest drażniąca, bo zbiera się w niej wszystko co pałęta się po samochodzie. Fotele równie wygodne, środkowy panel trochę przekombinowany, kierownica bardzo podobna, choć trochę cieńsza. Sama jazda jest idealna, aby wydłużyć to i owo. Głośne, zrywne BMW z 6 garami pod maską, krzyczy na wszystko wokoło i nie chce słyszeć sprzeciwu. Jest znacznie gorzej wyciszony niż Mercedes, ale za to brzmienie silnika jest o niebo ładniejsze i nie potrzeba tu wymyślnych wydechów, wielkości rur kanalizacyjnych. I powiem Wam szczerze, że jakoś ciężej było mi znaleźć wygodną pozycję w BMW niż w Mercedesie. Sama jazda super, jest się czym nacieszyć, ciężko tu się czepiać tego, że tutaj prędzej wyleje Wam się kawa niż w W124, to już szukanie na siłę wad, w to się bawił nie będę. Pominę też fakt, że E34 to kolejna ofiara tunerów w szerokich spodniach i na rynku nie brakuje nam zniszczonych stylistycznie modeli tej marki. Zrozumcie w końcu, że poprawianie tego typu fabryki, może wyjść tylko na złe, zatrzymajcie się na alufelgach.  

Moment kulminacyjny i odpowiedź na postawione dzisiaj pytanie, co jest lepsze – BMW czy Mercedes? Dla mnie odpowiedź jest prosta – Mercedes W124 zostaje zwycięzcą. Osiągi – porównywalne 0:0, wnętrze – przestronniejsze i wygodniejsze niż w BMW, a więc 1:0 dla Merca. E34 – nieco narowiste, w mieście jazda autem z takim silnikiem nie należy do przyjemnych, mimo fajnego brzmienia, za to W124 czy jedziesz 40 km/h czy 140 km/h, to prowadzenie sprawia Ci przyjemność – 2:0. W dodatku Mercedes wzbudza szacunek, daje prestiż, no i nikt nie będzie Cię kojarzył z grupą społeczną do której nie należysz, do takiej która urządza sobie zabawy, czy E34 lepiej spali gumę od Golfa III ? Niestety to przykre, że BMW na 0:3 przegrywa nie z własnej winy, ale co poradzić, reguły dylematów są nieubłagane, nie można kupić obydwu, choć to wydawałoby się najrozsądniejsze. Ja z tej dwójki bezapelacyjnie wybieram Mercedesa, mimo rzędowej szóstki, mimo tego brzmienia i mimo większego pazura w stylistyce. 3 rzeczy, które wymieniłem wcześniej są dużo ważniejsze. A jaki jest Wasz typ w tym pojedynku? Chętnie wymienię się zdaniami w komentarzach.

Koncertowo, po japońsku – Honda Concerto

Witam serdecznie po weekendowej przerwie. Dzisiaj zajmę się samochodem, który jest dosyć intrygujący. Mam wrażenie, że gdyby Japończycy budowali swoje domy, tak jak auta w latach 90, pewnie trzęsienia Ziemi traktowaliby jak my letni deszcz. Honda Concerto (z włoskiego koncert, stąd ten tytuł) produkowana w latach 1988 – 1994, a na rynku europejskim pojawiła się tylko i wyłącznie w wersji liftback. Już wtedy współpraca Rover i Honda kwitły, tak więc jak się można spodziewać Concerto miało swojego odpowiednika, pod znakiem brytyjskiej marki i był to Rover serii 200. Ale nie o nim dzisiaj mowa, choć wiele się nie różni. 

Na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym specjalnym i nie wzbudza skrajnych emocji, przynajmniej w moim przypadku. To samochód, do którego zawsze ciągnęła mnie cena, bo można takie auto kupić nawet za 1500 zł i to w nie najgorszym stanie! Dodam, że miał to być mój pierwszy samochód, jednak ktoś sprzątnął mi go z przed nosa w ostatniej chwili. Wersje silnikowe: 1.4 – 88KM z dwoma gaźnikami, 1.5i – 90KM z jednopunktowym wtryskiem, 1.6 – 106KM również z dwoma gaźnikami oraz 1.6 – 112KM lub 122KM w przypadku wersji 16 zaworowej, oznaczonej 1.6i, obie na wtrysku. Można rzec – do wyboru do koloru, silniki starego typu z początku produkcji, jest i na wtrysku i co ciekawe, praktycznie każdą z tych wersji można dostać na rynku wtórnym. Najlepiej oczywiście wybrać wersję 1.6 na wtrysku, darujmy sobie zabawy z gaźnikami. 

Samochód nie jest duży, ma zaledwie 4,4 metra długości i waży niewiele ponad tonę, tak więc taki silnik jest dla niego wystarczający. Honda prostej budowy to recepta na bezawaryjny samochód, w dodatku nie jeździ ich zbyt wiele po naszych drogach, nawet na rynku wtórnym ciężko znaleźć taką Hondę, a jeśli już się uda, ciężko jest ją wycenić. Żadnych średnich rynkowych, jak już wspomniałem można taką nabyć za 1500zł, ale widziałem też ofertę za 3000zł. W aucie ludzie zakładają gaz, a to dlatego, że silnik pali w mieście nawet 9 litrów, więc nie jest to imponujący wynik, dla wielu gaz w tym przypadku to zbawienie. Nikt specjalnie się nie skarżył na to, że auto po zamontowaniu gazu zaczęło chodzić gorzej, ale jeśli ktoś ma inne informacje, niech się nimi z nami podzieli. A jak z serwisowaniem? Z racji, że ma swojego angielskiego bliźniaka to części Wam nie zabraknie i są w rozsądnych cenach, tym bardziej, że zanim coś się zepsuje, potrwa to co najmniej 100 tysięcy kilometrów. To te czasy, gdy naprawdę przykładano się do samochodów, a nadrzędnym celem było, aby auto jeździło jak najdłużej, a nie to co teraz do gwarancji i dobranoc. 

Wnętrze jak i całe Concerto jest proste, kwadratowe, kierownica jak w Civicu, jest dosyć praktycznie – schowki i płaski kokpit dogodzą nawet tym co robią ze swojego samochodu podręczną szafę na wszystko. Siedzenia nie najgorszej wykonane, ale ciężko się do nich dopasować, jakby kształt był wyłącznie na wzrost Azjaty. Nie brakuje tu oczywiście paru fajnych gadżetów, jak chociażby elektrycznie otwierany szyberdach. Niestety to co fajne w lato, w zimę może narobić kłopotu, bo uszczelki lubią puszczać, tym bardziej w jego wieku. Idąc dalej co do serwisowania, wiadome jest, że Honda będzie korodować, na szczęście głównie nadkola i błotniki, podwozie dosyć się trzyma, chyba, że auto miało bliskie spotkanie z dębem, bo inne drzewo nie złamie tych zderzaków, założę się, że stanowią co najmniej 30% masy tego samochodu, co to jest za moc! Serwisantom ciężko było znaleźć jakiekolwiek, powtarzające się usterki, poza wydechem, który zazwyczaj wymieniali przy przebiegach 150 tysięcy i wyżej, zaznaczam, że był to wydech fabryczny. 

A więc staruszek daję radę, jest to dobra opcja dla tych, którzy lubią lata 90, nie chcą się specjalnie wyróżniać, a przy odpowiedzi na pytanie – czym jeździsz, wzbudzać zaintrygowanie u pytającego, bo wielu ludzi po prostu nie kojarzy tego auta po nazwie. Nie powala na kolana, ale jeśli by się z nim zabawić – jakiś ładny spoiler, felgi, zadbać o lakier, to można się wzbogacić o interesujące, atrakcyjne, kanciate autko, które za 10 lat może być już warte coś więcej. Zdarzyło mi się ją widzieć, w odmianie – wieś tuning i to nic przyjemnego, ale no i takie elementy się zdarzają, co przemalują go na seledynowo, dadzą progi wycięte z drzwi od lodówki babci i kredens zamiast spoilera. Cóż za nietakt, tych ludzi powinno się poddać jakiejś terapii szokowej, bo inaczej to się nigdy nie skończy, nawet tak proste auto zniszczyć potrafią. Japońce z lat 90 to niezniszczalne dranie, fakt, że ten jest mało ekonomiczny, na autostradzie przy 4 tysiącach obrotów pękną Wam bębenki i nikt na Was nie spojrzy z uśmiechem, ale to mała cena gdy w zamian otrzymujemy auto, które praktycznie się nie psuje. 

Włoska bogini

Witam serdecznie! Dzisiaj znów sięgam do swoich marzeń motoryzacyjnych. Marka tego samochodu jest postrzegana w bardzo różny sposób, ale warto oddać jej szacunek za to jak konsekwentnie trwają w swym pierwotnym wzorze na rynku motoryzacyjnym. Mowa oczywiście o Alfie Romeo, a modelem który dzisiaj ocenię będzie – GTV.

Rasowa Alfa Romeo z lat 90 budzi mieszane uczucia swoją stylistyką, ale dla mnie tak jak podałem w tytule to prawdziwa bogini. Widać, że nie była projektowana w przerwie na kawę, ani na odwal się przez producentów wyrobów papierniczych. Sam Pininfarina spędził nad tym autem wiele czasu, abyśmy mogli podziwiać ten ostateczny efekt. I wiecie co? To bardzo dobrze, że nie wszystkim się podoba, nie taka ma być Alfa. Ma wzbudzać zaniepokojenie, może nawet kontrowersje i takie jest GTV. Auto produkowane przez 11 lat, najpierw w fabryce Alfy Romeo, a od 2000 roku bezpośrednio w fabryce Pininfariny w Turynie. Auto ma charakterystyczne, zasłonięte reflektory, odsłoniętą chłodnicę oraz przetłoczenia jakich nie ma na żadnym innym samochodzie. Oczywiście te na masce są tak zaprojektowane, aby dodatkowo podkreślały to co widzimy na środku przodu każdej alfy, charakterystyczny, trójkątny grill ze znaczkiem Alfy na środku. 

Mam nową definicję szaleństwa. Chcę zobaczyć człowieka, który spojrzy na nią i powie – nie! Wolę BMW.. I to będzie szaleństwo! Nie ma, że kwestia gustu, Alfa Romeo GTV jest ponad gusta, podziały i szuflady. To po prostu inny rozdział motoryzacji. Nie mówię oczywiście, że ma się każdemu podobać, bo jak już wspomniałem wcześniej nie o to tu chodzi, po prostu ciężko jej nawrzucać takie najczęściej powtarzane w stronę producentów zarzuty, jak nuda, pretensjonalność, przekombinowanie. Tutaj tego nie ma, nikt mi nie powie, nawet jeśli tego auta nie lubi stylistycznie, że GTV wygląda jak…. bo nie ma drugiego takiego samochodu i to jest wspaniałe. Dodam jeszcze, że to jedyne coupe z napędem na przód, które byłbym w stanie kupić. Tył również jest taki, że aż strach to wyprzedzić. Światło ciągnące się przez całą klapę bagażnika, wielkie rury wydechowe. Właściwie ten tył sprawia wrażenie wygiętego w górę, ku niebiosom, bo stamtąd jest zesłane to cudo. 

A na tym zdjęciu mamy kwintesencję GTV – czarny lakier i czerwone wnętrze. Są wersje z beżową skórą, czarną, ale osobiście najbardziej lubię właśnie tą na zdjęciu. No i oczywiście emblemat Alfy Romeo w progu, niczym ruch pędzla wielkiego mistrza na zakończenie. Mógłbym tak jeszcze godzinami, ale przejdźmy do kwestii silników. To coupe, więc mamy silniki Twin Spark – 1.8 i 2.0, gdzie tak naprawdę nie mam faworyta, jeździłem obydwoma i są równie dobre. Są też wersje V6, doładowane 2.0 Turbo – 200 KM, wyciągające 240 km/h, oraz 3.0 – 220 KM, albo 3.2 o mocy aż 240 KM, które do setki przyspiesza w 6,3 sekundy, czyli szybciej niż Brera! Problem w tym, że wersje z większym silnikiem mają dużo cięższy przód i są gorzej wyważone, niż Twin Sparki, ale to moje subiektywne odczucie. Powiem Wam szczerze, zakochałem się w tym aucie, ale nie była to miłość od pierwszego spojrzenia. Fakt, zawsze mi się podobał, ale to co poczułem po przejechaniu się tym autem, to tego się nie zapomina. 

Te fotele opatulające Cię, wręcz mówią do ciebie – nie bój się będzie zajebiście! Chwytasz wspaniale wyprofilowaną kierownicę, wbijasz pierwszy bieg, którego obszycia płoną i czekają na dodanie gazu. Coś niesamowitego, poczułem taki respekt do tego samochodu, gdy pierwszy raz do niego wsiadłem, ale jak docisnąłem pedał gazu, to jakbym znalazł się w innym wymiarze. Prowadzenie inne niż wszędzie, auto słucha się Ciebie jak koń trenowany od narodzin przez tego samego trenera. Wskaźniki na środku buzują, prędkościomierz daję słowo krzyczy do Ciebie ironiczne „Tylko na tyle Cię stać?!”. Niektórzy powiedzą, że zwariowałem, ale polecam Wam jeśli nigdy nie jechaliście GTV, zróbcie to! Nie masz prawa nazywać się fanem motoryzacji, jeśli nigdy nie prowadziłeś Alfy! We krwi buzuje benzyna, GTV może być nawet lekiem na impotencję! Na pewno zadziała szybciej niż viagra. Niektórych pewnie interesują trochę bardziej przyziemne rzeczy, więc właśnie teraz o nich wspomnę. 

To Alfa, więc według większości zepsuje się zanim dojedziesz do domu i ja znów się powtórzę i zakrzyczę czcionką – KAŻDY źle traktowany samochód będzie się psuł, a Alfy przez to jak nas prowokują swoim charakterem katuje się na potęgę, szczególnie w Polsce, gdzie są ze 3 tory wyścigowy na cały kraj i drogi jak twarz nastolatka. To delikatne, włoskie zawieszenie, więc oczywiście wymiana belki tylnej czeka każdą Alfę GTV, może nawet już po 100-120 tysiącach kilometrów na polskich drogach, a to może okazać się koszmar finansowy. Silnik ma moc, ale jest przy tym delikatny, trzeba pilnować poziom oleju i żeby nie było wycieków, bo w ten sposób też można załatwić parę podzespołów, a nawet cały silnik. Jakieś drobiazgi elektryczne, to chyba jak w każdym aucie z lat 90. Rekompensuje nam te wszystkie niedogodności, nie tylko tym, że dobrze wygląda, ale także świetnie wykonanym wnętrzem, które nawet przy przebiegu 250 tysięcy (a tyle miało GTV, które ja prowadziłem) wygląda jak nówka.

Co tu dużo mówić – to auto, które wymaga, żeby się o nie dbało. To nie jest przyrząd do przemieszczania się tylko nasz pupil, jest jak rasowy piesek, o którego trzeba dbać, a nie wyrzucać go na dwór gdy coś zmajstruje. Tak traktowane GTV, czyli z szacunkiem na pewno nie będzie się psuło częściej niż chociażby BMW M3, z tych lat, może się okazać nawet mniej awaryjna, wiem że to co powiedziałem jest ryzykowne, tym bardziej, że mam w planie kupić sobie GTV, ale do odważnych świat należy. To jeden z moich ulubionych aut wszech czasów, póki co nie zrealizowane marzenie, ale mam jeszcze trochę czasu na swoją Alfę. Jak Wasze wrażenia? Czekam na komentarze!