Felieton – co nas wkurza?

Motoryzacja niejedno ma imię, to wie każdy z nas. Niekiedy spojrzysz na jakiś samochód i wiesz, że pragniesz go jeszcze bardziej niż Keiry Knightly, czy Ryana Goslinga (co kto woli). Innym razem jest to dla Ciebie tylko narzędzie do przemieszczania się z punktu A do B, C, Z. Są też tacy, dla których nie znaczą zupełnie nic. Na szczęście Ci ostatni są zajęci teraz przeglądaniem gazetek z Lidla, czy nękaniem swoich bliskich teoriami o obecnym stanie politycznym w naszym kraju, więc nie do nich są dzisiejsze słowa. Raczej chcę porozmawiać o rozczarowaniach, tym co może wkurzać w motoryzacji, a jest tego wiele, może nawet za wiele, aby się zmieścić w jednym artykule.

Postanowiliśmy zmienić samochód, no i fajnie! Skończyliśmy w końcu jeść tynk ze ściany, bo mamy już na tyle pieniędzy by coś kupić, tudzież któryś bank był na tyle szalony, że w obecnej rzeczywistości i rosnących cenach wszystkiego dał nam kredyt na 140 lat. Mniejsza o detale, zaczynasz szukać, nieistotne nawet w jakim przedziale cenowym, jeśli używane to wiedz, że jest źle. Zderzasz się, jak ze ścianą, jakby ktoś Ci przejechał paznokciami po tablicy. Bo trzeba się zmierzyć nie tylko z handlarzem Mirkiem, ale i bandą Januszy, którzy mają nabyć Twoje auto, bo po co Ci dwa? Co nas wkurza? To, że ciężko kupić samochód, który jest wart swojej ceny, czy to, że ciężko szczerze sprzedać auto? W jednym momencie, najprzyjemniejszy moment od lat, czyli zmiana pojazdu przeradza się w piekło. Spędzasz dzień w pracy, noc na olx i otomoto, a w wolne dni jeździsz od jednego delikwenta do drugiego, zastanawiając się po co Ci to do cholery było? Jeśli komuś zdarza się od kopa coś kupić to są dwie opcje – albo kompletnie się nie zna na samochodach, albo jest szczęściarzem i zamiast ujeżdżać się za heblami za parę tysięcy powinien puścić sobie lotto. Dodajmy do tego, że masa klientów chce nabyć Twoje auto, oczywiście zajmuje Twój cenny czas, bo musi go obejrzeć, umówi się w styczniowe po południe, dotrze w okolicacha października, bo przecież ciężko się zjawić na umówioną godzinę? A teraz skumulujmy to wszystko i zastanówmy się po której stronie jesteśmy? Skoro coś nas wkurza, to być może my też kogoś wkurzamy, więc jak coś w dziedzinie sprzedaży używanego pojazdu ma się zmienić to zacznijmy cholera od siebie. Mówmy sobie wszystko, nie oszukujmy, to czcze życzenia, bo tu jest Polska, to trzeba tanio, szybko i dobrze, nie nie nie, tak się nie da.

http://i65.tinypic.com/25irx2a.jpgNo i przychodzi poważniejsze rozmyślanie, co mnie wkurza w moim aucie? Znudziło mi się? Jest za stare? Słabo wyposażone? Powodów może być mnóstwo, ale zazwyczaj po prostu zaczęło się psuć, więc trzeba je upłynnić co nie? A niech się inny Janusz martwi, co ja będę dokładał to tylko samochód. A teraz wyobraźmy sobie, że to narzędzie dla jednych, coś więcej dla innych to śmiercionośna broń, która dziennie zabija więcej ludzi na świecie niż broń palna. Nie poszedłbyś w bój z niesprawnym AK-47 prawda? A dałbyś go komuś, żeby Cię bronił, albo walczył w okolicy? Jasne, że nie! A mimo tego do diabła sprzedajesz ledwo jeżdzącę auto, które może kogoś zabić przy prędkości 60 km/h. Wszystko kosztuje, pieniądz rządzi światem, ale po co Ci ten kawałek papieru, jeśli możesz ze świata zniknąć jednym, fałszywym ruchem kierownicy? Czy sprzedałbyś komuś bliskiemu swój samochód? Zanim wystawisz go na internecie odpowiedz sobie na to pytanie, jeśli odpowiedź brzmi – nie, to daruj sobie i nie wypuszczaj na drogę maszynki do zabijania.

Może warto dwa razy pomyśleć, może trzeba jeszcze poczekać, zamiast wydać całość na kolejny rupieć to zaoszczędzić więcej? Trochę tynku ze ściany przez kolejne parę miesięcy nie zaszkodzi, a część pieniędzy odłożonych dotychczas zainwestować w tego wiernego woła, który służył Ci przez X czasu. Posłuży jeszcze chwilę dłużej, a jak chcesz go komuś przekazać to najlepiej nie ze wszystkimi możliwymi chorobami. Tak oto kończę krótką opowieść o tym, jak to sam złapałem się na głupocie. Próbując sprzedać coś co mnie nigdy nie zawiodło i było wierne w imię jakichś fanaberii, które mnie męczą. Efekt końcowy jest dość nudny z pozoru, bo pod domem dalej mam Volvo, od czasu, gdy ostatni raz do Was pisałem, ale nie jest to byle jakie Volvo, tylko moje! To czyni je wyjątkowym, dobrych wyborów!

PS: mam nadzieję, że tym razem wróciłem na dłużej! S.M.

Cofanie liczników w samochodach..

Jak wiemy w Polsce mamy plagę cofania liczników. Rząd wymyśla różnorakie koncepcje, zwalczania tego procederu, choć moim zdaniem na nic mądrego na razie nie wpadli. Dzisiaj z cyklu refleksję, rzucę trochę słonych słów od siebie o tym procederze. 

Jeśli na jakiś towar na rynku jest popyt, to oczywiście trzeba go produkować jak najwięcej. I wiecie co Wam powiem? Podobnie jest z cofaniem liczników. Skoro ludzie chcą mieć niskie przebiegi, to je będą mieli. Przykro mi to pisać, ale niestety autorami tego procederu są nabywcy używanych samochodów, którzy w większości z góry przekreślają samochody z przebiegami nawet powyżej 200 tysięcy kilometrów. Rozmawiałem z jednym z byłych handlarzy samochodów – panem Mariuszem, który został zmieciony z rynku, a to dlatego, że nie cofał liczników. Większość aut, które sprowadzał z Niemiec była w okazyjnych cenach, bo miała jakieś niedoskonałości i dosyć spore u nas, a normalne za granicą przebiegi. I tak oto przywoził z Niemiec Audi A4 za 550 euro, albo Forda Mondeo z 2003 roku za 1800 euro. Chciał jeszcze coś na tym zarobić, więc cena była właściwa co do stanu, rocznika i przebiegu. Niestety szybko wyrosła mu konkurencja, która oferowała samochody, w podobnym a nawet gorszym stanie technicznym, ale z dużo niższym przebieg. I tak oto takie Audi A4 pana Mariusza, z 1996 roku, srebrne, z lekko wgniecionym, tylnym błotnikiem i przebiegiem 268 tysięcy kilometrów, po opłatach miał kosztować 7,5 tysiąca złotych. Cena niezła, jak za A4 z full opcją i dobrym silnikiem. No, ale co mu konkurować z tą samą wersją Audi, rok starszą, ale z przebiegiem 156 tysięcy? Ta sama cena. I wiecie co? Oszustom sprzedają się auta jak ciepłe bułeczki. 

A Ci co nie kręcą liczników mają do wyboru – albo zacząć, albo liczyć na to, że społeczeństwo skończy przyjmować za najważniejsze kryterium – przebieg pojazdu. Nowy pomysł, prosto z ul. Wiejskiej w Warszawie, spisywać stan licznika na każdy przeglądzie, niby nie najgorszy pomysł, ale skąd wiadomo czy ktoś tuż przed przeglądem tego licznika nie cofnął? Dlaczego nie pójdziemy drogą niemiecką? Kary za cofanie liczników za naszą zachodnią granicą są tak duże, że nikt się nawet nie odważy tego robić. Ja proponuję 5000 złotych kary za kręcenie licznika do tyłu w samochodach starszych niż 10 lat, a w młodszych jeszcze więcej. Gwarantuję Wam, że taka terapia szokowa od razu by poskutkowała. Najważniejsza, by grzywna przewyższała to, co można zarobić na aucie cofając licznik. Problem w 100% nigdy nie zniknie, ale moim zdaniem 3/4 tego co teraz kręci liczniki do tyłu, przestałoby to robić. 

Kiedy sprzedajecie samochód, warto w uwagach napisać przebieg, albo po prostu ściągnąć wzór umowy, w której jest pole – przebieg pojazdu. Po co? Wiadomo, że handlarze nie przerejestrowują samochodów na siebie, tylko zazwyczaj bierzemy od nich fakturę + ich umowę kupna-sprzedaży. Wiadomo, że jest zasada ograniczonego zaufania – sprzedający mógł ten przebieg zaniżyć, ale łatwiej będzie się domyślić jak było naprawdę. Chciałbym, aby Polacy zrozumieli, że ważniejszy od przebiegu jest faktyczny stan techniczny pojazdu. I często auto z przebiegiem 150 tysięcy, okazuje się mniej sprawny od tego z przebiegiem 250 tysięcy kilometrów. Widziałem to już kilkukrotnie. Lepiej jest jechać na stację kontroli pojazdów, zapłacić diagnoście 30-40 zł i zapytać wprost – Czy jest prawdopodobny ten przebieg w stosunku do stanu technicznego? Uwierzcie mi, człowiek, który dziennie ogląda kilkadziesiąt samochodów, ma taką wiedzę. Wolałbym, abyśmy poszli w tą stronę i zaczęli pierwsze patrzeć na stan techniczny, pochodzenie, a gdzieś tam w kolejnym punkcie na przebieg. Aby nie skreślać od razu auta tylko dlatego, że ma duży przebieg. Żadna sztuka cofnąć licznik, sztuka to utrzymać auto tak, żeby przy 300 tysiącach km przebiegu słuchało się jak przy 100 tysiącach km. Choć wydaje się Wam to niemożliwe, uwierzcie mi – da się! Czekam na komentarze. Pozdrawiam!

Samochód za 2 tysiące złotych, jak to jest w praktyce?

Jak to jest z samochodami w cenie roweru? Poruszałem już podobny temat, dzisiaj wracam w trochę innej odsłonie. Otóż co, gdy kupujemy przykładowo samochód za 2 tysiące złotych, w komisie, u handlarza, nie od właściciela? Czy to auto będzie w lepszym stanie, niż gdybyśmy kupili podobny model, tyle, że tańszy bezpośrednio od poprzedniego właściciela. Dzisiaj odpowiemy sobie na takie pytania.

Weźmy chociażby taką Corsę B. Na rynku znajdziemy ich dużo, w przeróżnych cenach. Są takie za 1200-1500 zł, a i takie za 2500 – 3000zł. Powiem Wam szczerze, byłem w jednym z miejsc, gdzie skupują i sprzedają samochody w takich cenach. Corsa za 1800 złotych była w stanie agonalnym. Mimo iż na zdjęciach i z daleka prezentowała się niczego sobie, to mechanicznie był to wrak nadający się na złom. Później oglądałem inną za 1500zł, tyle, że była od właściciela. Miała sporo odprysków, pęknięty zderzak, szyba się nie otwierała, lusterko poklejone taśmą, no, ale była za 1400zł! I to do negocjacji. Powiem Wam szczerze, choć wizualnie było dużo gorzej, to mechanicznie samochód był sprawny. Owszem, było parę rzeczy do zrobienia, ale nie był to zawieszenie, które puka na każdym wyboju, parę wycieków z silnika, na szczęście nie groźnych, prawdopodobnie już pompa paliwa ledwo zipiała – tak mi powiedział właściciel. Ale ten model był dużo lepszy od tego komisowego, którego widziałem w ten sam dzień. Nie był to pojedynczy przykład, do czego zmierzam? A no moi drodzy, pamiętajcie o jednej rzeczy, jeśli handlarz ma auto na placu, nie ważne w jakiej cenie, on zawsze musi na nim zarobić! Jeśli którykolwiek Wam mówi, że nie zejdzie z ceny, bo na tym aucie nic nie zarobił, to jest oszust, albo idiota, który nie nadaje się do tego biznesu. 

W przedziale cenowym poniżej 5 tysięcy złotych, jest to szczególnie niebezpieczne. Weźmy takie Fiaty, zobaczcie na ilustrację obok, właściciel powie „przez to nie sprzedam go za więcej niż 1000zł”, handlarz natomiast  weźmie żywicę epoksydową / piankę do okien, albo wykaże się uczciwością i to pospawa, ale tak czy siak 90% z nich nam o tym nie powie. Mój apel dzisiejszy, ma Wam otworzyć oczy, abyście przestali skreślać samochody, których nadwozie sporo mówi o jego zaniżonej cenie, a zaczęli zwracać na nie uwagę! Bo przecież jeśli auto kosztuje 2 tysiące złotych to musi być z nim coś nie tak! To nie jest tak, że niektóre auta tyle kosztują, no nie! Fiat Punto I generacji wydaje się tanim autem, ale żeby dostać takie auto w stanie – serwisowany w ASO, garażowany, I właściciel trzeba zapłacić minimum 3,5 – 4 tysiące złotych. Wcześniej wspomniana Corsa to cena 5-6 tysięcy, sprowadzona z Niemiec w przyzwoitym stanie. Jeśli chcecie sprawdzić jaka jest rzeczywista wartość rynkowa, to wejdźcie na dowolnym portalu ogłoszeniowym, albo najlepiej na kilku w zakładkę pożądanego modelu i sprawdźcie, po ile są najdroższe. 

Da Wam to pogląd, jak wiele wad trzeba szukać, w niższych przedziałach cenowych. Równie niepokojące jest to, że mamy na przykład Lanosa za 1200zł, który wygląda tak jak na zdjęciu obok oraz Lanosa za tyle samo, który jest w całości, w dodatku podobno „bez nakładu finansowego”. Tu też nam się powinna zaświecić czerwona lampka! I uwierzcie mi, lepszym interesem byłoby kupić rozbite auto, niż źle naprawione, którego historii nie jesteś w stanie poznać. I choćby nie wiadomo co Wam mówił handlarz pamiętajcie, jego jedyna motywacja przy prezentacji samochodu to – muszę go sprzedać za drożej niż kupiłem, niestety często naszym kosztem, sztucznie picując samochód, tak żeby ładnie wyglądał i oczarował nas z zewnątrz. Do diabła z resztą mankamentów, ma mieć piękne nadwozie, otóż na to nie powinno być zgody! A najstraszniejsze jest to, że to nasza wina. Bo rozmawiałem z trzema sprzedawcami, którzy mi mówili „Wie Pan co, ja nie kręcę liczników, nie lakieruje aut, nie jestem blacharzem, ani nie zaopatruje się w Castoramie przed przyjściem do mojego komisu i wie Pan co? Za miesiąc zwijam interes bo jestem spłukany” kolejny przykład „Panie przychodzi gościu, ma 2000 złotych w kieszeni i jest wielki Pan, musi dostać nie wiadomo co. Ja dostaje auto wymieniam olej i paski, zostawiam paragony i stare części w bagażniku, ale dla nich ważniejsze jest to, że auto ma wgniecenie na klapie bagażnika niż to, że ma 202 tysiące na liczniku, a silnik chodzi jak żyleta. Ja sprzedaje to co mam i wracam do budowlanki, bo z tego w tym kraju chleba nie będzie!”. Trochę sparafrazowane, ale te gorzkie słowa handlarzy, już byłych, bo rzeczywiście zwinęli interes, najlepiej obrazują to co się u nas dzieje. To klient wymusza na sprzedającym „picowanie” aut i póki my nie zmienimy mentalności, gruchoty w pięknym lakierze dalej będą sprzedawały się jak świeże bułeczki. 

Samochodowi handlarze – zło konieczne?

Dzisiaj opowiem trochę o handlu samochodami. I nie chodzi tu bynajmniej o komisy samochodowe, ale o handlarzy sprzedających auta pod blokiem, na własnym placu. Wiele się o tym mówi, ale oni wciąż znajdują klientów na samochody. Czy takie auta są godne zaufania? Spróbuję opowiedzieć co nieco na podstawie własnych doświadczeń w tym temacie. Zapraszam! 

Spoglądając na otomoto nie trudno znaleźć oferty od handlarzy z blokowisk. Często auta kuszą najtańszą ceną, dużo niższą od tych komisowych. Dosyć często mają widoczne wady, na które handlarze powołują się jako zaniżenie ceny samochodu. Należy się wystrzegać przede wszystkim miejsc oddalonych, na pustkowiach. W takich miejscach nie dość, że trudno nam sprawdzić auto, to jeszcze dojazd na jakąkolwiek stację diagnostyczną jest dla takiego handlarza „stratą czasu”. Nie dajcie się nadziać przede wszystkim na teksty typu „Panie już tyle ludzi do tego auta dzwoni, jak Pan nie kupi, to mam 3 następnych klientów.” Nie wyobrażacie sobie jak często spotkałem się z tego typu tekstami. Dlaczego zakup takiego auta może okazać się pułapką. Cóż, spójrzmy na cenę samochodu na poprzednią umowę, to najważniejsze, jeśli jest to na przykład 700-800zł a w rzeczywistości auto jest warte na przykład 2500 rynkowo, to nie dajcie się też nabrać na tekst „no napisane tak, żeby podatku nie było”. 2% podatku to nie jest majątek. W 70% przypadkach auto rzeczywiście kosztowało tyle ile na umowie. Najgorsze jest, że Ci ludzie nie mają w ogóle warunków do poprawienia stanu technicznego samochodu, który kupili w cenie złomu i de facto powinien się pewnie tam znaleźć. 

W efekcie samochód jest na szybko robiony, umyty, no dobra powiecie dziur nie da się zamaskować pod blokiem. Oj i tu się zdziwicie. Spotkałem się już wielokrotnie z dziurami zamaskowanymi sztucznie, bez użycia spawarki.  Jak oni to robią, że tego nie widać? Rozmawiałem kiedyś z handlarzem, który miał auta pod domem, ale za domem normalny warsztat. Mówił wprost przez telefon, że można u niego wjechać na kanał pooglądać, nie ma problemu. Opowiedział mi o praktykach kilku handlarzy z okolicy. Auta są dosłownie klejone na lewarku. Zacytuję tego Pana, który kupuje złomy, ale spawa je dokładnie i pozwala obejrzeć efekt swojej pracy. Znał on innego handlarza z miasta obok. Tego Pana handlarza co ma warsztat nazwiemy tu Pan X, żeby było mi łatwiej to opisać. A tego drugiego z miasta obok, co handluje pod blokiem Pan W. Pan X powiedział mi, że pewnego razu kupił Fiata Punto za 600złotych, przywiózł go na lawecie i bo bał się nim jechać, tyle miał dziur. Przywiózł go na warsztat ocenił ile wyjdzie go naprawa no i doszedł do wniosku, że praca włożona w to auto przekroczy znacznie to za ile idzie go sprzedać. Wystawił więc auto „w całości lub na części” pojawił się u niego Pan W. Pochwalił się, że też jest handlarzem i pyta co trzeba zrobić. Pan X uczciwie powiedział o dziurach w podłodze oraz walniętej uszczelce pod głowicą. Pan W. wszedł pod auto i  stwierdził co następuje – eee podejdzie pianką do okien. 

Że co?! Nawet sobie nie wyobrażacie ile aut jest w ten sposób poklejonych. Wizytując u handlarzy w jeden tydzień znalazłem 9 takich przypadków. Widzę, że to popularna metoda. Dlaczego? Bo ciężko to zobaczyć kładąc się na kocyku pod samochód. Niektórzy są tak wspaniałymi artystami, że tak to pokleją i pomalują, że jest równiusieńko z profilem podłogi. Pianka kosztuje około 17 złotych, baranek do pomalowania 8zł no i proszę już nie ma dziur. A co z wyciekami? Ile jest preparatów do czyszczenia silnika mówić nie muszę. Co więcej, niektórzy gdy wyczyszczą silnik, błyszczy się jak z salonu, aby nie wzbudzało to podejrzeń, biorą sobie do spryskiwacza do okien coś a’la pył, piach, albo szaleją na szutrowej nawierzchni, aby zakurzyć auto. Są też tacy mistrzowie, którzy nie myją aut i argumentują – Panie nie myty sztucznie do sprzedaży, taki jaki jest taki sprzedaje. Zostawia ubrudzony, aby nie było widać ani jednej rysy, odprysków. A potem okazuje się po umyciu, że auto to dalmatyńczyk. W tym przypadku powiem Wam, że wypolerowany samochód jest lepszy od brudnego. Oprócz tego handlarz, który ma zamiar sprzedać auto, zupełnie go nie szanuje. 

Jeździ jak szalony, a co mu tam nie o tym będzie potem jeździł. Pęknięta uszczelka pod głowicą, jeśli nie masz profesjonalnego warsztatu nie zlikwidujesz tej usterki. Więc też czyści się silniki, korki wlewu oleju, zalewa nowy płyn do chłodnicy. Skala zjawiska jest ogromna, przede wszystkim w przedziale cenowym poniżej 3-4 tysięcy złotych. I nie dziwcie się, że takich ludzi jest coraz więcej. Kupią takiego złoma za na przykład 700złotych, podpicują wydadzą na to max 100złotych, wystawiają za 1500, sprzedadzą chociażby za 1300 i już mają 600złotych w kieszeni. I ponownie Wam zalecam! Nalegajcie na wizytę w stacji diagnostycznej przed zakupem. Unikniecie przykrych niespodzianek. Chociaż powiem Wam, że byłem kiedyś na jednej stacji i diagnosta mi powiedział, że są zabiegi, których nawet on nie jest w stanie odkryć w 5minut sprawdzenia i wychodzą po czasie. Jeśli chodzi o zamaskowane skorodowane progi, tu wbrew pozorom łatwo jest zdemaskować oszustwo. No dobra Panie, wszystko fajnie, ale chciałbym podnieść auto na lewarku. Tak zwróciłem się do pewnego Pana, który miał na sprzedaż Opla Vectra A. On mi na to, że nie ma lewarka a poza tym jest tu nierówno i boi się, żeby nie spadł. Ja mu na to, że ja mam, a nieopodal jest hipermarket pojedziemy na parking. Zaczęło się kręcenie nosem, w końcu powiedział, dobra progi się sypią. 

No coś takiego! W ogłoszeniu było, że blacha super. Auto wyjściowo kosztowało 1600zł, nagle się zrobiło 1200zł, ja mu na to, że i tak go nie kupię, ale żeby zdradził mi za ile go kupił, on mi na to, że za 600zł przed złomowiskiem. Mam znajomego, który pracuje na złomowisku. Powiedział, że takich czatujących na auta, które o własnych siłach przyjadą na złom jest multum. Dają ludziom 100zł więcej niż dostają na złomie i już ich nie ma. Nie było by problemu gdyby ciągle jeździli tym samym autem, wtedy mówi mi, że by ich przegonili, bo oni też na tym tracą, a poza stratą pieniężną chodzi o to, że te auto naprawdę powinny trafić na ten złom i trzymanie ich dalej w ruchu zagraża bezpieczeństwu. Środków na picowanie auta do sprzedaży jest tak dużo, że ciężko by było mi się tu zmieścić. Będę ten temat na pewno jeszcze poruszał. Najważniejsze z tej notki abyście zapamiętali, nalegajcie na wizyty na kanałach lub stacjach diagnostycznych, a jeśli nie ma takiej możliwości na podniesienie na lewarku. Nie dajmy się zwariować, jeśli mówi, że nie to nie. Jedziemy i szukamy dalej.

Pamiętajcie też z tej notki, że nie wszyscy handlarze to oszuści. Nie należy szufladkować, jest wiele takich ludzi, ale są w tej branży ludzie, którzy wolą postawić garaż na placu, działce i robić auta niż płacić krocie za wielki warsztat z podnośnikami. Do większości prac, kanał wystarczy. W tej cenie nie oczekujmy też nie wiadomo czego. Ale uważajmy na auta, które powinny trafić na złom, a są dalej w obiegu, a takich jest u nas zdecydowanie za dużo. Na dzisiaj tyle. Pozdrawiam do usłyszenia!

Bądźmy wybredni przy kupowaniu!

Dzisiaj w oparciu o własne doświadczenia, radzę i podpowiadam jak się zachować w przypadku zakupu samochodu. Nie wszystkie zabiegi są znane no i jak uniknąć przykrych niespodzianek. Zagłębmy się w temat zanim dojdzie do jakiejkolwiek transakcji. Bo później może być za późno.

Każdy z nas zanim wybierze się oglądać samochód czyta dokładnie ogłoszenie, dzwoni, patrzy na zdjęcia. Osobiście przez telefon dokonuje dokładnego wywiadu na temat samochodu. Przede wszystkim potwierdzam lub dopytuję, jeśli nie było takiej informacji w ogłoszeniu na temat OC i Przeglądu. Jeśli samochód nie ma przeglądu, pamiętajcie, że nie bierze się to znikąd. Koszt przeglądu to około 100zł, a podnosi znacznie wartość samochodu. Jeśli ktoś mówi, że na 100% przejdzie, tyle, że nie miał czasu zrobić itd. robimy taki zabieg „No to super! W takim układzie, przyjadę do Pana, jedziemy na stację diagnostyczną i robimy przegląd tak?” po takiej informacji skierowanej do sprzedającego od razu będziemy znali stan faktyczny, czy auto jest w stanie przejść przegląd czy nie. Największy kłopot to nie zawieszenie, hamulce czy silnik, ale blacha! Przede wszystkim podłoga i podłużnica. Żaden rozsądny diagnosta nie puści samochodu, jeśli któraś z tych części karoserii jest naruszona w sposób zagrażający bezpieczeństwu. A jeśli auto miało przygodę kolizyjną to na 100% jest naruszona. No i to najbardziej problematyczna część blacharska, progi, nadwozie to nic przy podłodze i podłużnicy. Co więcej! W momencie zakupu samochodu, gdy już jesteście zdecydowani, zainwestujcie 40zł (gdzieniegdzie nawet mniej) zabierzcie Wasz potencjalny nowy samochód na stację kontroli pojazdów i poproście diagnostę o sprawdzenie pojazdu tzw przedprzeglądowe. 

http://i58.tinypic.com/2d0fd5s.jpg

Za te 40zł auto zostanie sprawdzone z każdej strony, zawieszenie, podłoga, sami będziecie mogli wejść sobie do kanału i obejrzeć go w oświetlonym pomieszczeniu z każdej strony. Za ile byś nie kupował samochodu to niewiele w obliczu tego ile mogą cię kosztować ukryte wady. Nawet mechanik leżący pod samochodem z latarką, nie jest w stanie określić w 100% faktycznego stanu co innego gdy możemy swobodnie w oświetlonym kanale zobaczyć wszystko bardzo dokładnie, w asyście specjalisty. Jeśli sprzedający kręci nosem i ma obiekcje, znaczy, że coś jest nie tak. Czasem nadwozie i środek auta tak nas zauroczy, że zapominamy o podstawowych rzeczach takich jak sprawdzenie poziomu oleju, płynu w chłodnicy, czy wszystkie kontrolki po przekręceniu stacyjki działają. Jeśli któraś się nie świeci może to zwiastować, nie lada problem. W przypadku samochodów z czujnikami w silniku nieprawidłowości są sygnalizowane kontrolkami. Wielu handlarzy, aby nie wzbudzać niepokoju po prostu odłącza kontrolkę całkowicie, nie zważając na to co jest przyczyną tego, że się świeci. A po co naprawiać, żeby zarobić mniej? 

http://i59.tinypic.com/v7qglc.jpg

Kolejna sprawa, układ wydechowy. Może się to wydawać drobnostką, ale w praktyce to dosyć problematyczne i w przypadku niektórych samochodów drogie jak na dzień dobry wydatki. Często teksty typu, „Panie wystarczy tam małą dziurkę zatkać / uszczelka tylko strzeliła” to niewiarygodna informacja. A co jeśli wydech jest już tak połatany, że tylko wymiana całkowita nas ratuje? Idziemy w koszty rzędu 600-700zł a to nie mało. To co większość uważa za najważniejsze przy zakupie auto to przebieg. No i tu jest polski błąd kupowania samochodu. WSZYSCY trąbicie, narzekacie, że handlarze kręcą liczniki do tyłu, że są specjalne miejsca gdzie to robi się to profesjonalnie, ale czyja to wina ? Właśnie Polaków, którzy kupują samochody. 200 tysięcy kilometrów?! O niee! Za dużo. Zlitujcie się ludzie! Wiadomo, że w przypadku auta za 50-60 http://i60.tinypic.com/2urm5b6.jpgtysięcy kilkuletniego taki przebieg jest straszny, ale jak już wiecie ja zmierzam do trochę niższych przedziałów cenowych. Jeśli auto z lat 90 ma przebieg powyżej 200 tysięcy to dużo lepiej niż jakby miał 80-100 tysięcy. Auto nie jeżdżone psuje się bardziej niż jeżdżone i co najistotniejsze KORODUJE (chyba, że był garażowany) bardziej. Przebieg ma zejść na dalszy plan. Weźmy na tablicę coś takiego, mamy dwie Skody Octavie 1.9 TDi. Obie są z 1998 roku, jedna ma przebieg 110tys. km druga 220tys. km. Ja biorę od strzała tą drugą. Po pierwsze przebieg w tym przypadku jest bardziej wiarygodny, po drugie widzę, że auto więcej jeździło niż stało więc to zwiastuje tylko dobrze. Polaku kochany zrozum, że NIE MA okazji na rynku samochodów używanych. Okazję są dla tych, którzy sami sobie potrafią naprawić usterkę zaniżającą cenę samochodu. Jeśli auto jest super fajne i ma niziutki przebieg, w dodatku kosztuje tyle samo co takie powiedzmy z tym powyżej 200 tysięcy kilometrów to muszą być inne mankamenty, które tą cenę zaniżają. Są pewne średnie rynkowe, poniżej, których się nie schodzi. Nikt nam nie odda swojego samochodu za bezcen. Owszem fajnie jest kupić autko z małym przebiegiem, nie neguje tego, ale tylko w przypadku gdy: Samochód jest od pierwszego właściciela / mamy książeczkę, która nam potwierdzi ten przebieg (a i w tym przypadku należy sprawdzić jej autentyczność) / najlepiej by był garażowany. Oprócz tego, w przypadku przebiegu patrzcie na stan wnętrza. Kierownica to najlepszy dziennik z życia samochodu. W żadnym aucie, nawet najtańszych typu Daewoo, Fiat itd. kierownica szybko się nie zdziera. Mieszek skrzyni biegów to już nie taka skarbnica wiedzy, prędzej gałka, albo przełączniki świateł czy ogrzewania. Nie wierzcie w to, że auto ma mniej niż 200 tysięcy kilometrów i jednocześnie zdartą kierownicę, albo na przykład fotele. To się nie ma prawa zdarzyć. Cofnięcie licznika to jest naprawdę chwilka. Kiedyś gdy oddawałem Fiata Uno na złom, rozebrałem sobie deskę i zobaczyłem jak to jest proste. A w przypadku elektrycznych liczników w autach typu Skoda, Volkswagen, Audi, Opel kosztuje w granicach 80zł i trwa tyle samo. Trochę się rozpisałem na temat tego przebiegu, ale tylko po to, aby Wam uświadomić, że to nie jest najważniejsza kwestia. 

http://i58.tinypic.com/wlaczr.jpg

Przechodząc do innej kwestii. Silnik też dużo mówi, jeśli nie najwięcej, pytanie jak go ogarnąć. Jeśli kupujemy autko za parę tysięcy i widzimy od razu wycieki, warto się dowiedzieć, która uszczelka puściła. Jeśli pod głowicą to krzyżyk na drogę, jeśli pod pokrywą zaworów to jest max 50zł z wymianą w przypadku 70% samochodów. Handlarze bardzo często czyszczą silnik przed sprzedażą. Podziwiam, bo kiedyś próbowałem i to jest naprawdę mozolna robota. Ale oni pewnie mają do tego specjalny sprzęt. Gdy widzimy takie nieregularne czarne plamki jak na przykład na zdjęciu wyżej to bankowo było tu czyszczone. Jeśli chcecie sprawdzić sprawność okablowania, wystarczy woda w spryskiwaczu do szyb, popsikajcie delikatnie prosto po kablach i odpalcie samochód, jeśli auto nie zaczyna świrować to znaczy, że jest okej. Ja tak kiedyś odkryłem w Seacie Cordoba problem z kablami. W dodatku w silniku łatwo zobaczyć co było wymienione. Na pasku rozrządu jeśli widzisz jakiekolwiek napisy to znaczy, że jest jeszcze zdatny do użycia. Całkowicie czarny pasek może wołać: wymień mnie! pompa wody też chciała, ale jej nie widać niestety.. Skorodowane śrubki, nakładki etc. zazwyczaj oznaczają, że to nigdy nie było odkręcane i wymieniane. Czasem to wada czasem zaleta. Tu już w zależności od konkretnego samochodu. 

 

Jeśli ktoś się chwali wymienionym sprzęgłem, to nie cieszmy się tak szybko! Pytanie co tam wymienił. Powie nam, że kompletne, a co na przykład z wysprzęglikiem? To istotna część, o której się zapomina, a stary wysprzęglik + nowe sprzęgło = rozwalona za parę tysięcy skrzynia biegów. Zazwyczaj ta część kosztuje 10-15% tego co całe sprzęgło więc nie jest to taki wydatek, który boli. W dodatku nie zawsze nowe sprzęgło dobrze współgra ze starą skrzynią. Miałem tak w Nexii, która miała sprzęgło z Astry, a skrzynie swoją oryginalną i czułem, że z każdym kolejnym tysiącem kilometrów, skrzynia chodziła gorzej. Najlepsze zawsze wszystko oryginalne, ale w przypadku niektórych marek, zamienniki koją naszą kieszeń tak bardzo, że decydujemy się na nie od strzała. Mój Polonez miał wymieniane sprzęgło, ale coś czuję, że ta skrzynia nie pracuje tak jak powinna, ale to jeszcze sprawdzę i dam znać co z tego wynikło. Tyle, że w moim przypadku auto nie kosztowało nawet 1000zł, w dodatku mam Poldka, gdzie części są tańsze niż woda. Gdy kupujecie coś innego zastanówcie się i zobaczcie jak wchodzą biegi, jak działa pedał sprzęgła. Nie chce się tu już rozwodzić na temat zawieszenia, bo zajęło by to kolejne 1284 słowa. Zrobimy osobną notkę na ten temat. 

Podsumowując, kolejność sprawdzania stanu samochodu nie powinna być obojętna i żaden element z tu wymienionych nie może być pominięty. Stan blachy, silnika, zawieszenia, wnętrze, autentyczność przebiegu. Bardzo ważne by zadawać zbywcy jak najwięcej pytań o historię auta. Nie może być tak, że o nim nic nie wie. Bo to najłatwiej powiedzieć. Jeśli kupujecie przez pośrednika, postarajcie się o kontakt do właściciela w dowodzie rejestracyjnym i jego wypytajcie zanim kupicie. Dowiecie się czy miał iść na złom czy coś jest do roboty itd. No i nie wspomniałem tu o tym co się często pojawia w ogłoszeniach: bezwypadkowy. A to dlatego, że to też będzie osobny dłuższy wątek. Pytania / sugestie / doświadczenia? Podziel się w komentarzu!